Dar to Dar - Marta
Gdybym miała opisać nasze D. A. Resurrexit jednym słowem, byłby to właśnie „DAR”. Ostatnie trzy lata w tym miejscu są dla mnie wspaniałym prezentem od Pana Boga, takim, który przewyższył wszelkie moje oczekiwania. A oczekiwania były spore… W końcu, do duszpasterstwa trafiłam jak typowa ja, absolutnie nie spontanicznie – wcześniej była analiza, dokładne przejrzenie social mediów kilka razy, zaplanowanie, kiedy najlepiej będzie zacząć. No i mnóstwo obaw: „czy aby na pewno próbować?”, „a co jeśli się nie odnajdę?”, „przecież ja tam nikogo nie znam…”. I choć jeszcze przed studiami wiedziałam, że chciałabym kiedyś doświadczyć życia w duszpasterstwie akademickim, to mój opór przed wejściem w nową grupę spowodował, że zdecydowałam się na ten krok dopiero na II roku.
Czy od razu zadomowiłam się w tym miejscu? Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Z jednej strony – chciałam się tam pojawiać co tydzień, urzekła mnie wielka otwartość księdza Łukasza i studentów, a jednocześnie trudno mi było pokonać wewnętrzną blokadę przed większym otwarciem się, przed mówieniem w grupie, dzieleniem się swoimi myślami. Ważnym momentem był dla mnie majowy wyjazd w góry, a jeszcze ważniejszym – wspólny wyjazd do Portugalii. Nie sposób nie wspomnieć w tej historii o Światowych Dniach Młodzieży. Przed samym wyjazdem pojawiła się niechęć, nie chciałam tam jechać, był to czas kwestionowania wielu moich dotychczasowych wyborów, swego rodzaju samotności. Wieczorem przed wylotem oglądałam ostatni odcinek trzeciego sezonu The Chosen i patrząc na wtulonego w Jezusa Szymona Piotra pomyślałam: „też tak chcę”.
Myślę, że odpowiedzią Boga na tę moją potrzebę był dar relacji, który otrzymałam właśnie w czasie ŚDM – nie tylko poczułam się częścią duszpasterskiej wspólnoty, bardzo zaopiekowana; nie tylko zostałam przytulona w momentach, kiedy się tego nie spodziewałam, a potrzebowałam; ale poznałam tam też jedną z najważniejszych dla mnie przyjaciółek, która bardzo szybko stała się moją bezpieczną przystanią. To w czasie tych szesnastu wspólnych dni poczułam, że chcę wejść w duszpasterstwo bardziej, zaczerpnąć z niego tyle ile mogę. Wracałam stamtąd nie czując się samotną, ale kochaną – przez innych, a przez nich i przez Pana Boga.
Zgodnie z ŚDMowym postanowieniem, w kolejnym roku w duszpasterstwie zdecydowałam się wziąć udział w Szkole Relacji. Jestem niesamowicie wdzięczna za ten dar otwierania się z ćwiczenia na ćwiczenie, stopniowo i w poczuciu komfortu. Uczyłam się, że mogę mówić co czuję, wyrazić swoje emocje, komunikować potrzeby. Nauczyłam się jakże istotnej na tym etapie historii mojego życia umiejętności – że mogę prosić o pomoc, jeśli jej potrzebuję. Odkrywałam prawdę o sobie, o moim spojrzeniu na świat i na Pana Boga. No i zobaczyłam, że jednak nie potrzeba usystematyzowanej wiedzy teologicznej, popartej latami studiów, żeby móc rozmawiać o Nim – przecież można dzielić się swoim własnym doświadczeniem.
W pędzie, w jakim przez ostatnie miesiące żyłam, duszpasterstwo było dla mnie darem bezpiecznej przestrzeni, przestrzeni odetchnięcia. Jak dobrze mieć miejsce i ludzi, przy których mogę odpocząć, przy których mogę oderwać myśli od zmartwień, znaleźć spokój, gdy wokół burza. Taka przestrzeń zatrzymania, która pozwala złapać dystans i naładować baterie pomagała mi również w życiu duchowym, a nasze wybrzmiewające podczas każdej Mszy Świętej uwielbienie, przeżywane z całkowitym brakiem pośpiechu, będzie obrazem, do którego będę wracać przez lata. Przeżywam tu też przygody, cieszę się młodością i nabieram mnóstwo, mnóstwo radości, którą potem mogę dzielić się z innymi.
Duszpasterstwo było i jest dla mnie miejscem ciągłego rozwoju, poszerzania swojej strefy komfortu. Już nie muszę wszystkiego dokładnie planować i analizować tak jak przed dwoma laty, leczę się ze swojego niezdrowego perfekcjonizmu, otwieram się na innych i odkrywam różne nowe zdolności, jak również nowe sposoby na to, by chwalić Pana Boga. Teraz potrafię szczerze mówić o mojej relacji z Jezusem, o tym jak autentycznie mam, a nie jak wydaje mi się, że mieć powinnam. Przez ostatnie lata nasza relacja stała się bliższa, jestem jej bardziej świadoma, mocno ewoluuje – a duszpasterstwo wspiera ten proces.
Na moich pierwszych rekolekcjach w duszpasterstwie ksiądz Łukasz porównał Pana Boga do reżysera, który wyposaża swoich aktorów we wszystkie potrzebne rekwizyty, aby mogli jak najlepiej zagrać daną scenę – czyli Pan daje nam to, czego potrzebujemy, aby jak najpiękniej przejść przez życie, idąc do Niego. Myślę, że właśnie dlatego w moim życiu pojawiło się duszpasterstwo – bo przez nie Bóg pozwala mi rozkwitać, dojrzewać, zmieniać się na lepsze; a także wyposaża mnie w bezpieczną przestrzeń i zasoby, które pomagają mi przetrwać różne trudności. Przez kolejne doświadczenia ubogaca moje życie, zaprasza do niego ważnych ludzi i umacnia moją z Nim relację. I wierzę, że czas spędzony w darowej piwnicy będzie przynosił dobre owoce jeszcze długo po tym, jak ją opuszczę…
Marta